Życie bez ręcznika na własność, czyli dzień powszedni we francuskim klasztorze zamkniętym cystersów

Mniszka w opactwie Igny w części zamkniętej dla turystów http://www.abbaye-igny.fr/les-images/les-photos
Zmęczona zgiełkiem miasta, postanowiłam wyciszyć się i spędzić weekend w klasztorze klauzurowym cystersów w departamencie Marny. Pobyt – nawet krótki – w zakonie zamkniętym, musi owocować pewnymi refleksjami. Tym bardziej, że natrafiłam na niewielkie grono sióstr, które okazały się na tyle otwarte, by ze mną porozmawiać. Zapraszam na opowieść z klasztoru Igny.

Droga, która prowadzi mnie do klasztoru jest wąska, kręta i urokliwa. Zakon położony jest w „górach” Reims, nie przekraczających jednak 300 m nad poziomem morza. Samochód raz po raz nurkuje w dolinie, by zaraz potem wynurzyć się z pachnących ziołami pól. W telefonie informacja „brak połączenia z siecią” i tak już zostanie przez całe długie dwie doby. Dodatkowo, okazuje się, że na skutek awarii, w całej okolicy nie ma ani prądu ani wody. Nie ma co ukrywać – czuję się trochę nieswojo (ot, co zrobiła z nami cywilizacja), ale chyba tego właśnie szukałam…

Piątek, 9 maja
Przyjeżdżam po godzinie 14, więc zostaje mi zaledwie pół dnia na rozeznanie się w sytuacji. Jestem tu sama, która przyjechała na „wyciszenie się”; reszta, to wolontariusze pracujący przy jarmarku książek i pchlim targu, organizowanym przez mniszki podczas tego weekendu.

Klasztor na pierwszy rzut oka podoba mi się: wygląda jak niewielki zamek, jest utrzymany w stylu gotyckim, bo i z tego okresu pochodzi (1128r.). Jak dowiaduję się od siostry Bernadette-Marie, zajmującej się „hotelem” i przyjezdnymi gośćmi (zakon utrzymuje minimum kontaktu ze światem zewnętrznym), klasztor został kompletnie zburzony dwa razy: podczas Rewolucji Francuskiej i Pierwszej Wojny Światowej. Za każdym razem przy odbudowie używano możliwie najwięcej oryginalnych kamieni. Po wojnie, zakon zaludniły siostry zakonne, a nie, tak jak wcześniej, bracia.

Siostra pokazuje mi mój malutki i bardzo prosto wyposażony pokój, ciągle bez wody i prądu. Pokrótce tłumaczy mi rytm dnia, wokół którego toczy się życie w klasztorze, a do którego mogę się dostosować, jeśli wyrażam taką ochotę. Dzień opiera się na sześciu modlitwach śpiewanych, a więc psalmach i kantykach ze Starego i Nowego Testamentu oraz mszy. Cysterki wstają na pierwszą nocną modlitwę brewiarzową o 4.45 (Vigiles), a ostatnią (Kompleta) kończą o 19.45. Pomiędzy nimi harmonogram układa się następująco: 7.15 Jutrznia, 8.30 Eucharystia, 12.15 Sexta, 14.15 Nona i 17.30 Nieszpory. Rytm modlitw wydaje mi się dość intensywny i szczerze wątpię czy pomiędzy zostanie mi dość czasu dla siebie.

Tego dnia uczestniczę jeszcze w dwóch wieczornych modlitwach. Niełatwo je przegapić, bo dzwon nawołuje na modlitwę i przypomina o niej kilka minut przed, a także informuje o jej zakończeniu. To jest doprawdy imponujące jak wyliczona jest każda minuta siostry zakonnej.
Ponieważ to klasztor zamknięty, nie mam wstępu na teren bliżej ołtarza, który zarezerwowany jest dla mniszek. Siedząc w przyporządkowanych sobie stallach, żadna z nich się nie dekoncentruje, nie odwraca i nie patrzy na nas – ludzi spoza. Zachód słońca zagląda przez witraże kaplicy klasztornej, gdzie wre żarliwa modlitwa i słychać ciche śpiewy przy akompaniamencie organów i cytry, a ja zamyślam się nad życiem rodzinnym sióstr.

Po kolacji wracam do pokoju, gdzie już właściwie po ciemku (ciągle nie ma ani prądu ani wody) wertuję książkę "La Règle de Saint Benoît" („Reguła św. Benedykta”), lekturę obowiązkową w klasztorach cystersów i benedyktynów. Benedykt, ojciec-założyciel zakonu w Europie Zachodniej (VI w.) sporządził kompilację reguł życia zakonnego, która jest podstawą funkcjonowania tych dwóch zakonów. Jak dowiedziałam się od siostry Joëlle, klasztor cystersów różni się od benedyktyńskiego tym, że w tym drugim praca jest głównie intelektualna, a w tym pierwszym – to praca rąk ludzkich. Sama szczerze przyznaje, że, będąc przywiązana do ziemi, nie mogłaby zostać benedyktynką.
Reguła św. Benedykta nie jest łatwą lekturą, której nie należy tłumaczyć dosłownie, ale dostosować do teraźniejszych czasów. Inaczej straszy. Znajdują się tam takie zapiski jak nakaz obmywania wodą nóg i rąk gości, zakaz śmiechu na cały głos i gadulstwa oraz posiadania czegokolwiek na własność. Zatopiona w lekturze nie zauważam, kiedy to na własność posiadł mnie Morfeusz.

Sobota, 10 maja

Eureka – jest woda i prąd! Nie miałam odwagi wstać na modlitwę o 4.45, ale trafiłam za to na Jutrznię. Zasada numer jeden w klasztorze, to trzymanie się łacińskiej dewizy Ora et Labora, czyli „Módl się i pracuj”. Siostra Monique, z którą rozmawiałam, utrzymuje, że praca zajmuje im około 5.30 godzin dziennie. Opactwo Igny specjalizuje się w wyrobie czekolady, apaszkach z jedwabiu czy dewocjonaliach. Jak przyznaje jedna z mniszek, dawniej, godzin pracy było jeszcze mniej (na koszt modlitwy), ale mnisi doszli do wniosku, że trzeba się z czegoś utrzymywać. Miedzy ora a labora jest jeszcze czas na sen, posiłki oraz lectio divina, czyli czytanie duchowne. Niestety typowa praca na roli została praktycznie zaniechana z uwagi na średnią wieku 58 sióstr w opactwie, która wynosi 70 lat! Najmłodsza siostra w zakonie ma 35 lat, najstarsza – 98. I żadna z nich na tyle nie wygląda.

Ja tymczasem stwierdzam z zadziwieniem, jak dobrze można się zorganizować przy takim rytmie życia. Przyznaję, nie muszę gotować, ale zmywamy naczynia, a dodatkowo starcza mi w zupełności czasu dla siebie: dla ducha (napisanie artykułu) i ciała (przebiegnięcie, częściowo w deszczu, kilku kilometrów do pobliskiej wioski).

W tego typu miejscach praktykuje się spożywanie posiłków w ciszy; podczas kolacji spodziewałam się zatem właśnie tego. Początki są dosyć trudne, bo przyzwyczajeni do życia w pędzie i do opowieści dnia między jednym kęsem a drugim, nie wiemy gdzie podziać oczy, jedząc w milczeniu. Po jakimś czasie jednak doznaje się tej jedynej w swoim rodzaju satysfakcji z prawdziwego smakowania potraw i bycia naprawdę z drugą osobą.

Tymczasem, rozmawiam z Catherine, której rodzona siostra była za życia mniszką w tym opactwie cystersów. Opowiada mi, jak trudno – z perspektywy rodziny – znieść rozłąkę z siostrą z zakonu zamkniętego, takiego jak ten. Wszystko zależy od siostry przełożonej i jej polityki. Bywało, że mogła widywać się ze swoją rodzoną siostrą nawet cztery razy w roku, ale zawsze wizyty były krótkie i na miejscu. Bywało też znacznie rzadziej, bywało nawet spotkanie za kratą, a jej siostra była "nietykalna". Jej dzieci nigdy dobrze nie poznały swojej ciotki, nigdy nie spędziły razem Świąt. W okresie Wielkiego Postu nawet rodzina nie ma prawa przez 40 dni do niej zadzwonić. -To okropne wyrzeczenie i nigdy nie zrozumiem wyboru swojej siostry – mówi mi ze łzami w oczach. -Ona wybrała za życia swoją nową rodzinę i my musieliśmy to zaakceptować – dodaje.
W myśl zasad świętego Benedykta, mniszki praktycznie nie opuszczają zakonu, z wyjątkiem hospitalizacji. Z reguły, nawet pogrzeb rodzica nie jest wystarczającą przyczyną, by nagle opuścić klasztor.

W dzisiejszych czasach każdy ma „coś” na własność. One – nie.
-Poza oczywistą bielizną, nie mają prawa nawet do własnego ręcznika – przyznaje Catherine. Dawniej, kiedy jej siostra była w zakonie w innej miejscowości i pod inną przełożoną, reguły były bardziej elastyczne, ale w momencie przeniesienia do Igny, to się zmieniło. Nie bez przyczyny mówią o tym klasztorze – klasyczny, konserwatywny.


Niedziela, 11 maja

A propos, siostry przełożonej. W najbliższy wtorek odbędą się tu właśnie wybory opatki, z racji tego, że poprzednia wysłana została do Meksyku dwa miesiące temu. To tak jak z wyborem Papieża: nie ma oficjalnej kandydatury, a głosowanie odbędzie się anonimowo. Wygra kandydatka, która otrzyma bezwzględną większość głosów. Klasztor zostanie zamknięty od poniedziałku, a u sióstr już wyczuwa się szczególne skupienie - to w końcu od polityki siostry przełożonej zależeć będą ich dalsze lata w opactwie. Dobra opatka jest w tym miejscu naprawdę istotna, bo klasztor zgrupował mniszki z czterech innych klasztorów z północnej Francji, każdego prowadzącego inną politykę.

Na koniec mojego pobytu "owczym pędem" też kupiłam czekoladki z ciemnej czekolady z kremem o smaku szampana, wyrabiane przez mniszki. Nawiasem mówiąc, prawdziwa delicja. Przyjechał mąż, przyjechało dziecko i świat znowu się przede mną otworzył. I bardzo dobrze, bo życie w zamkniętym klasztorze na dłuższą metę nie odpowiada mojej osobowości. Mimo to, zostawiając płaczące deszczem opactwo cystersów za plecami zdałam sobie sprawę, że ten weekend coś jednak we mnie zmienił.
Trwa ładowanie komentarzy...