Słynny i lubiany francuski piosenkarz Christophe Maé z tournée po Francji

Christophe Maé http://www.concertandco.com/critique/concert-christophe-mae-granddukes/halle-martigues/47017.htm
Mam ten niefart, że mieszkam w regionie Szampanii, którego publiczność uważa się generalnie za kostyczną i nieumiejącą się bawić. Popularne jest nawet powiedzenie, że jak tu występ ciepło się przyjmie, to będzie sukcesem w całej Francji. Christophe Maé, niedawno po raz kolejny wybrany najseksowniejszym piosenkarzem przez magazyn Glam'mag, dał doprawdy szampański koncert, który przyjęty został owacjami na stojąco. O gustach się nie dyskutuje, ale jedno jest pewne, piosenkarz ma to "coś", a jego kariera dowodzi, że na wyglądzie się nie kończy. Poznajcie bliżej muzyka, który po wyjeździe do Nowego Orleanu wrócił z jazzowo-bluesowo-soulową energią i sztabem kapitalnych amerykańskich muzyków.

Muzyka Christophe'a Maé wpadła mi w ucho krótko po tym jak przyjechałam do Francji prawie pięć lat temu. Pomyślałam sobie: on posiada doskonałe warunki wokalne (jak ja kocham ten melanż chrypki i wysokich tonów), umiejętność grania na kilku instrumentach (między innymi na gitarze, harmonijce ustnej czy skrzypcach) i trafiania do serca pisanymi przez siebie słowami. Teraz, po wydaniu jego najnowszego albumu (2013) "Je veux du bonheur" ("Pragnę szczęścia"), który jest efektem jego całorocznego pobytu w Nowym Orleanie, a także po koncercie w ramach jego tournée dodam, że Christophe Maé posiada też pewien jedyny w swoim rodzaju styl.

Ten kto chociaż raz odwiedził Luizjanę, wie jak jego miasta tętnią muzyką. „Nowy Orlean jest jej pełen, jak baryłka jest pełna gorzałki” - to powiedzenie weszło już do języka potocznego i doskonale oddaje klimat kafejek jazzowych, lokali z niszową muzyką i ulicznych grajków, których można tam spotkać. Christophe wyjechał z rodziną do Stanów, bo brakowało mu weny twórczej po sukcesach poprzedniego albumu ("On trace la route" z wpływami afrykańskimi). A do wachlarza gatunków muzycznych, które go określają, czyli do variété française (pop, soft rock, ballada), Christophe dopisał jeszcze blues, soul, funk i jazz.



Koncert zaczął się od tego właśnie kawałka, nie ukrywam - jednego z moich ulubionych (może przez to stepowanie?). Muzyk zaprosił do współpracy kilku czarnoskórych muzyków z Nowego Orleanu, którzy wnieśli w spektakl niepowtarzalną soulową i funkową charyzmę. Cała jedenastka stworzyła swoistą francusko-amerykańską marching band, bardzo zgraną i widać lubiącą się orkiestrę marszową, która autentycznie czerpała przyjemność z pobytu na scenie i chętnie przechadzała się pomiędzy publicznością.



Podczas dwuipółgodzinnego show artysta zaśpiewał głównie melodie ze swojej ostatniej płyty "Je veux du bonheur", ale nie zabrakło miejsca dla kilku swoich sztandarowych hitów sprzed kilku lat. Nowe oblicze jego starych kawałków można by przyrównać do gruntownego odkurzenia swojej biblioteki i zaczytanie się w klasykach na nowo. Mnie najbardziej ucieszyła zmodyfikowana wersja piosenki "Belle Demoiselle" ("Piękna panienka").



Urzekła mnie historia saksofonisty, o którym dowiedzieliśmy się, że był grajkiem ulicznym w Nowym Jorku. Christophe'owi tak spodobał się jego głos, że zaprosił go do współpracy podczas swojego rocznego tournée po Francji (2013-2014). Tego wieczoru w Epernay muzyk, niemówiący słowa po francusku, był zatem razem z nami.

Ten koncert, poprzez stroje, tańce, dekoracje i aranżację muzyczną, po prostu przeniósł mnie do Nowego Orleanu, a ja tak już mam, że z każdej wycieczki cieszę się jak dziecko. Było szaleńczo i kolorowo, był też czas na melancholię. Jedną z piosenek "Charly" Christophe napisał dla czternastoletniej amerykańskiej dziewczynki, którą zginęła w tragicznych okolicznościach. Inna, "La Poupée" ("Lalka") opowiada o młodej bezdomnej, którą widywał codziennie w swojej dzielnicy. Moja ulubiona "Automne" ("Jesień") też utrzymana jest w konwencji refleksyjnej, zaśpiewana przy akompaniamencie gitary, akordeonu i kontrabasu.



Z jego opowieści bije szczerość i normalność, a także radość życia. W dzisiejszej dobie muzycznej plastikowych półnagich panienek z silikonowymi biustami i piosenkarzyków o płytkich głosach, o prawdziwego muzyka trudno. Takiego, który świetnie śpiewa i ma dobre teksty, ma szacunek dla publiczności i bawi ją, nieustannie poszukuje i rozszerza swoje horyzonty. Christophe Maé, chociaż popularny wśród ludu, dobrze zarabiający i doceniany przez krytyków muzycznych (w 2011 odznaczony orderem Kawalera Sztuki i Literatury), nie stracił na swojej pierwotnej autentyczności. Chociażby tej z czasów musicalu "Le Roi Soleil" ("Król Słońce"), kiedy wcielił się w rolę brata Ludwika XIV.
Trwa ładowanie komentarzy...