Pięć powodów, dla których kocham Francję (część 5)

Tablice dla pieszych z wyliczonym czasem marszu, Grenoble
Tablice dla pieszych z wyliczonym czasem marszu, Grenoble http://www.stationmobile.fr/se-deplacer-en-modes-actifs/marche-a-pied/marche-signaletique
Lubię kolor zielony. Tyle jego odmian wita mnie codziennie szerokim szelmowskim uśmiechem: zielony jak świeżo skoszona trawa naprzeciw mojego mieszkania o poranku, która cudownie drażni nozdrza; zielony jak awokado, które uwielbiam smakować łyżeczką na kolację razem z sosem vinaigrette; zielony jak szmaragd na opływowych kolczykach od męża; zielony jak moje ulubione szklanki, w których płyn tak pięknie mieni się w słońcu... I wreszcie "zielony" jak francuskie miasta, którym miesięcznik "Ça m’intéresse" wręczył palmy pierwszeństwa za bycie przyjaznym ich mieszkańcom.

Listę pięciu subiektywnych rzeczy, które kocham we Francji, zamykają jej miasta. Miasta z kamienia i z cegły, romańskie i gotyckie. Jednak nie architektura interesuje mnie dzisiaj, a innowacyjne, choć proste, codzienne oblicze francuskich aglomeracji. I wcale nie wspomnę tu o Paryżu...



5. "ZIELONE" MIASTA

Jury, złożone z urbanistów i specjalistów od rozwoju i ochrony środowiska już po raz ósmy oceniło te inicjatywy, które, choć czasem banalnie proste, warto nagrodzić brawami, bo ułatwiają życie obywatelom. A czasem naprawdę tak niewiele potrzeba.

Zacznijmy od wschodniego zakątka Francji. W Strasbourgu, lekarze mogą przepisywać uprawianie sportu swoim pacjentom, w szczególności chodzi o jeżdżenie na rowerze. Wypisano już trzysta recept. I nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że miasto pomaga chorym w dotrzymaniu obietnicy danej lekarzowi. Serwis Vélhop, uruchomiony przez mera Strasbourga, proponuje rowery do wynajęcia na tę okazję, a całkowity koszt ponosi miasto.

Grenoble wdrożył inny "sportowy" pomysł. Merowi miasta zależało, by ludzie więcej dbali o ruch i przemieszczali się pieszo. Jak ich do tego skłonić? Bardzo prosto. W mieście zainstalowano tablice sygnalizacyjne, które co prawda nie określają standardowego dystansu w kilometrach, jaki dzieli dwa miejsca, ale za to informują ile czasu potrzeba na przedostanie się na przykład z dworca do centrum miasta, czy z muzeum do galerii handlowych. I to najwidoczniej działa, bo mieszkańcy chętniej zostawiają samochody w garażach, widząc, że niektóre miejsca są oddalone od siebie prawie na wyciągnięcie ręki.

Przypomnijmy sobie teraz jak to było za czasów studenckich. Trochę słoików z domu, puszka konserwy, makaron, budżet liczyło się co do grosza. Także w kwestii mieszkania. Sama mieszkałam swego czasu w sypialnej dzielnicy Warszawy, by, między innymi, zaoszczędzić. A gdyby tak wyjść naprzeciw oczekiwaniom studentów? Dlaczego nie, Poitiers wpadło na to, by zaproponować studentom bardzo interesujące ceny mieszkań w zamian za zaangażowanie się tej w osoby w jakąś akcję społeczną, charytatywną czy pedagogiczną.

Niepedagogiczne jest zapewne wyrzucanie pokarmów. W Angers jogurty, owoce, sery czy ciastka, ciągle jeszcze w opakowaniach, zbiera dwa razy w tygodniu Bank Żywności. Wartość zebranego pokarmu to nie bagatela 25 000 euro rocznie. 14 stołówek miejskich uczestniczy w tej szlachetnej akcji, która może nauczyć francuskie dzieci czegoś naprawdę wartościowego.

Inną akcję, która ma na celu uwrażliwienie, szczególnie młodej, publiki, wymyślono w Walencji w regionie Rodan-Alpy, w południowo-wschodniej Francji. To miejsce, które jest szczególnie narażone na obecność pyłków pochodzących od ambrozji - rośliny, która może być przyczyną alergii i astmy. Postanowiono zatem wypowiedzieć pyłkom wojnę. Otóż stworzono aplikację, tropiącą ambrozję. Jak to działa? Kiedy bezpłatna aplikacja ściągnięta zostanie na naszego smartfona, sygnalizuje ona obecność szkodnika. Niczym saper, aplikacja unieszkodliwia "bombę" poprzez zrobienie zdjęcia roślinie, które następnie przesłane jest właścicielowi terenu, gdzie rośnie wspomniana ambrozja. Ten w szybkim tempie zajmuje się eksterminacją szkodliwej flory.

Zamiast zakończenia

Nie czarujmy się, że na co dzień otoczona jestem we Francji innowacyjnymi pomysłami, bo to nieprawda. W wielu domenach Francuzi są naprawdę w ariergardzie w porównaniu z Polską. Z moich obserwacji wynika jednak, że Francuzi lubią proste i utylitarne rozwiązania, które procentują przez lata. Kupują nagminnie "z drugiej ręki", ale mają też zamiłowanie do luksusu i wygody, do tzw. bien-être. To coś w stylu, "zainwestujmy legalnie w dobry produkt, a posłuży pokoleniom". I taką mentalność widać wszędzie, od przemysłu luksusowego po kolejowy. W Polsce chyba ciągle jeszcze "opłaca" się krętactwo, doraźny zysk, obchodzenie reguł i czarna strefa. Innowacyjność, jak mniemam, nie ma idealnego podłoża w takich warunkach.

PS. Kraj Galów ma także wiele do powiedzenia w innych dziedzinach, jak aeronautyka, inżynieria, zbrojenia, energia nuklearna, telefonia komórkowa, kuchnia czy alkohole. Lista pięciu rzeczy, które kocham we Francji nie jest więc na pewno holistyczna. I niech tak zostanie. A przy okazji, już zapraszam na kolejny wpis o wyborach lokalnych we Francji, które właśnie mają miejsce.
Trwa ładowanie komentarzy...